Skocz do zawartości

A- A A+
A A A A

Niebo

Jan Kuff Kaganek

  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
Brak odpowiedzi do tego tematu

#1 Gość_Hieronimus_*

Gość_Hieronimus_*
  • Gość

Napisano 07 września 2025 - 13:06

Jan Kuff
Niebo

U zarania świata istniało tylko niebo. Panicznie bezkresna przestrzeń, życiem nieskażona. Góra, dół, wschód i zachód – wszystko poplątane. Wszędzie początek i koniec, gdziekolwiek się nie stanęło i nie spojrzało. Nikt nie obejrzał jej bezmiaru, nie ocenił, nie pojął choćby szczypty jej nieopanowanej wiedzy.

A druzgocąca, choć subtelna siła słyszała, widziała, oddychała, myślała i śniła, pożywiała się samą sobą i coraz bardziej rosła w potęgę, w moc i nabierała surowości charakteru. Znała spożytkowaną przeszłość i zaglądała z przestrachem dalej, bo czas, masa i wszystko, o czym pomyślała, stawało się jej częścią – realnie nieistniejącą częścią, ani bytem podrzędnym lub symbiotycznym, ale wymysłem bez ciała, duszy i opanowania. Władała nad miliardem myśli rodzących się podczas wdechu i kolejnym, gdy spuszczała z siebie nieistniejące powietrze. A jej potomstwo nie płakało, nie smuciło się, nie igrało z innymi, nie brudziło, o nic nie prosiło, nie miało zachcianek i nie przeszkadzało, nie przeżywało wzlotów i nie pomyślało, by wymyślić własne dzieci. Nie posmakowało zgryzoty ani szczęścia.

Jako jego twórczyni błądziła w każdym czasie – młodsza i starsza, choć nigdy nie dotknięta wiekiem. Wędrowała, jakby przedśmiertnie zapadając się w sobie i eksplodując pierwszym tchnieniem, zalana łzami i rycząca płaczem, lecz to tylko ułuda, bo w rzeczywistości zdarzenia rozgrywały się w jej nieskazitelnej myśli, a jej myśl obejmowała każdą odizolowaną i współgrającą ze sobą cząstkę niej samej, również zbudowane jedynie złudzeniem.

Po niezliczonej ilości oddechów nadała sobie imię i dopiero wtedy stała się istotą. Nie żywą, nie martwą – która umysł i serce czerpała z wdzięcznością od swych dzieci. Dalej pożywiała się swym urojonym ciałem, ale i łakomie potomstwem, bez słowa podającym się na tacy.

Jadła, by poszerzać niezmierzone granice otchłani siebie samej, i przywoływała w natchnionej mądrości więcej i więcej dziatków wkoło, i żarłocznie przetrzebiała ich liczebność, i powoływała do śnienia marzeń o niezbadanym i wszechmocnym bezkresie.

Imię jej brzmiało złociście. Gdyby ktoś ubrał się tamtymi czasy w zmysł, mógłby dosłyszeć jego harmonijny ciężar – okuty przenikliwą falą intensywności, a jednak namiętnie delikatny, śpiewny, klimatyczny, lecz odrobinę stłumiony w trwającej podróży tam i z powrotem przez istotę, i grający dosadnie w każdym punkcie jej nieciała, oraz rozbrzmiewający nigdy nie cichnącym, jakby oskarżycielsko zaspanym echem.

Dlaczego budzisz mnie z półsnu, z przedsionka spełnienia, sprzed bramy spaczonego, ale jakże głęboko oczekiwanego orzeźwienia, spontanicznej ucieczki poza zakazaną granicę, poza ciebie, nieumarła rzeźbiarko czynu i otępienia!?

Nikt z żywych, którzy przyszli później, ani z bogów, niewczas narodzonych, nie poznał imienia, które odmieniłoby los wiecznie zapracowanych, strudzonych i zgarbionych mozołem ludków. Bo gdy natchnione imię jej potęgi rozbrzmiało, nigdy więcej nie nastała cisza, aby bogowie, bohaterowie czy podupadłe człeczki wychwyciły w niej ułamek, skrawek zatraconego piękna i wielkości.

Od początku do końca snuła opowieść, a wraz z jej postępem stawała się niebotycznie silna. Przenikała ją rozsadzająca energia, a gdy wracała do bajęd sprzed eonów lat, traciła ją i wiarę we własne możliwości, ale wciąż zażarcie odpychała co zaplanowane i nieuniknione. Aż pewnego razu zaprzestała uciekać przed lękiem, upita snem osiągnięcia wszechmocy, która sprawi, że sama stanie się rysownikiem własnej pomyślności.

Wtedy nadszedł kres. Lecz zanim do tego doszło, wyuczyła dziesiątkę swoich dzieci, aby do końca świata, nim stanie się przepaść, dalej snuły niedokończone historie i namiętnie wyśpiewywały imię, by nadało sens zmianie. Wybrańców nazwała i wołała na nich: woda i ogień, wiatr i kamień, szczęście i smutek, dusza i sen, nowe życie, zdatna śmierć.

Gdy tylko to zrobiła, rozpadła się w niezliczoną liczbę okruchów. Powędrowały gdzie się da, dalej i dalej, aż do miejsca, którego tak bardzo się zawsze obawiała. Działo się to wtedy, gdy nad każdym życiem wykiełkowały: horyzont, światło, mrok i bezkres nieboskłonu. Oczywiście dopóki nie nadszedł czas pożegnania.

 

 

 

Jest to króciutkie opowiadanie, które zaistniało w moim nowym wydaniu pod tytułem "Kaganek". Książka została zainspirowana grami z serii Dark Souls i jest fan fiction serii i gier typu soulslike. Przez najbliższe 14 dni (dziś jest 07.09.25)  można ją dostać w promocji, w formie ebooka za 7 złotych w księgarni Ridero. Gdyby ktoś był zainteresowany promocją w późniejszym terminie niech się do mnie odezwie. Wiem, że jest wiele osób, które przychodzą tu tylko w jednym celu, więc: "tak", poniżej można opluwać autora postu, jego tekst i wszystko co się tylko chce.

 


  • 1



Również z jednym lub większą ilością słów kluczowych: Jan Kuff, Kaganek

Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych