Skocz do zawartości

A- A A+
A A A A
Zdjęcie

Sprawa motywacji w rehabilitacji i dążeniu do sprawności

rehabilitacja motywacja pomoc

  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
4 odpowiedzi w tym temacie

#1 tomcio12

tomcio12

    Widz

  • Użytkownik
  • Pip
  • 2 postów

Napisano 12 czerwiec 2020 - 19:46

Witam serdecznie. Założyłem ten wątek głównie z ciekawości. Jestem osobą niepełnosprawną ruchowo, lecz niepełnosprawność w moim przypadku jest nabyta a powodem tego był wypadek samochodowy. Przed wypadkiem byłem osobą sprawną. Mogę śmiało stwierdzić, że narodziłem się na nowo a to dlatego, że przeszedłem prawie wszystkie etapy jakie przechodzi człowiek po po narodzinach. Na początku była śpiączka, po wybudzeniu nauka oddychania, następnie uczyłem się podnosić głowę, potem uczyłem się jeść, wstawać i chodzić to tak w dużym skrócie. Jestem przekonany o tym, że miałem ogromne szczęście pomimo urazów jakie odniosłem. Przekonałem się jak mega trudna jest droga i walka o jak największą sprawność, o to by móc choć trochę się ruszać, by być choć trochę samodzielnym. I wiem, że do tego jest potrzebna spora dawka motywacji. I tu moje pytanie: Co Was motywuje do dalszej walki? Jakie macie sposoby by się nie załamać? Gdzie szukacie i zdobywacie energie by się nie poddać? Piszcie swoje przemyślenia


  • 0

#2 Boginka

Boginka

    Sufler

  • Użytkownik
  • PipPipPipPipPipPip
  • 314 postów
  • Skąd:Warszawa

Napisano 12 czerwiec 2020 - 21:20

Co Was motywuje do dalszej walki? Jakie macie sposoby by się nie załamać? Gdzie szukacie i zdobywacie energie by się nie poddać? Piszcie swoje przemyślenia

 

Nie wiem, czy cokolwiek z tego CI się przyda, bo mamy zupełnie różny kontekst niepełnosprawności:

 

Moja niepełnosprawność jest wrodzona, zasadniczo niepostępująca, ale też nieuleczalna. Funkcjonalnie przejawia się głównie uogólnionymi zaburzeniami równowagi. Pewnych rzeczy, np. wchodzenia na drabinę, swobodnego stania na wąskiej wysepce dla pieszych, tańca albo chodzenia po głębokim śniegu nie nauczę się zapewne nigdy. Inne jak wchodzenie po schodach bez trzymania się poręczy albo pływanie są możliwe dla niektórych ludzi z moją diagnozą, ale w moim przypadku raczej odległe. Jako dzieciak rehabilitacji nie znosiłam, uznając ją za dodatkową karę za niepełnosprawność. Jako dorosła stwierdziłam, że muszę się z rehabilitacją jakoś polubić, bo inaczej nie ma szans że będę ją wykonywać jakkolwiek systematycznie przez całe lata. Nikt mi za to nie płaci, a ja nie mam duszy męczennika. :)

 

Nauczyłam się np. że łatwiej mi się ćwiczy, jak słucham jednocześnie czegoś interesującego, bo wtedy jestem w stanie znieść konieczność podnoszenia nóg po trzydzieści razy w dokładnie ten sam sposób i nie kląć w duchu, że inni ludzie to chociaż mogą interesujące sporty uprawiać. Może nie jest idealnie, bo trochę się rozpraszam, ale jest to ostatecznie dużo lepsze rozwiązanie niż teoretycznie bardziej idealne warunki, których bym unikała. Podobnie nauczyłam się kiedy mam ćwiczyć, żeby nie mieć poczucia, że mogłabym robić coś lepszego. I nie ma znaczenia, czy dla kogokolwiek innego mój rozkład dna ma sens, skoro jestem w tym zakresie samorządna.

 

Po drugie pogadałam szczerze z rehabilitantem: przy mojej diagnozie „im więcej tym lepiej” ale ja zadałam dokładnie odwrotne pytanie „jakie jest sensowne minimum”. Ustaliliśmy ile to minimum wynosi i celem stało się najpierw realizowanie tego minimum, z opcją że jak mi się zechce, to mogę zawsze dołożyć więcej.

 

Po trzecie żadne zmiany w zachowaniu nie zachodzą natychmiast i nie są wieczne, więc mój system miał na początku wbudowane założenie, że mam dążyć do osiągania stale założonego minimum, ale jak mi się noga powinie to nie jest katastrofa – mimo wszystko lepsze pół minimum niż całe zero. I nadal tak to działa: jest cel, ale jak będzie obsuwa (bo np. nie mam czasu przez pracę), to nie katastrofa. Nie wyszło w tym miesiącu? Spróbujemy od nowa w następnym.

 

Dla mnie taki system okazał się bardziej motywujący niż to, co miałam jako dzieciak (teoretyczne zobowiązanie do 4 x tyle rehabilitacji, z którego wychodziło w domu niewiele). Bo jest taki moment, w którym mogę „odfajkować”, że zrobiłam już „wystarczająco dużo”, czyli mam jakiś sukces i mogę spokojnie zająć się resztą swojego życia. Na dodatek nawet jak plan szlag trafi, zawsze mogę zacząć od nowa. A jak akurat mam czas i chęć, mogę zrobić więcej.

 

Tyle, że w moim przypadku jest jasne, że pełna sprawność nie jest możliwa - gra toczy się tylko o usprawnienia. A po co osiągać te mniejsze usprawnienia? Bo one procentują w czasie – od momentu kiedy takie usprawnienie zdobędę, poprawia ono jakość mojego dalszego życia. Nauczyłam się np. (już po trzydziestce!) nosić przedmioty oburącz. I jak już się tego nauczyłam, to teraz to mam. A mogłam nie mieć. Tylko tyle i aż tyle.

 

W mojej filozofii nie ma żadnej wielkiej walki. Bo u mnie rehabilitacja wyleczenia nie rokuje, a wielko-walczyć nie da się bez przerwy przez dziesięciolecia bez perspektywy na wygraną. Jest spokojna, powolna, może nawet nieco leniwa droga do wyższej jakości życia, w której rehabilitacja jest jednym z kilku równoprawnych aspektów.


Użytkownik Boginka edytował ten post 12 czerwiec 2020 - 21:25

  • 5

boginka (rzecz. mit.) – duch opiekuńczy lub wiedźma; jakże to ludzkie. :)


#3 __ANIOLEK__

__ANIOLEK__

    Orator

  • Super Moderator
  • 5612 postów
  • Skąd:home

Napisano 12 czerwiec 2020 - 22:27

Naprawdę nie wiem, od czego zacząć. Może najlepiej od początku. Jako mała dziewczynka, około 9-letnia, zostałam pobita na sali gimnastycznej kijem bejsbolowym za to, że nie umiałam chodzić po ławce gimnastycznej. To dość traumatyczne przeżycie odmieniło mnie. Na początku był strach i ból, potem złość, aż w końcu postanowiłam przekuć to w coś dobrego dla mnie.

Obiecałam sobie wtedy, że nigdy się nie poddam, że będę walczyć do końca i wyznaczać sobie nowe cele. Mnie najbardziej cieszy, jak widzę efekt, jak włożony trud zwyczajnie się opłacał. Nie lubię próżni i marnowania czegoś, np.: swojego czasu, sił i środków. Marzenia są tym bodźcem, który zmusza do działania, bo przecież nic samo nie przychodzi. Jedno marzenie się spełnia, to kolejne się rodzi w sercu. Taka prostota i mała zależność. Dzisiaj, motywacją do działania są moi bliscy. Ja nie lubię być w centrum, tak żeby tylko to, "coś" było dla mnie. Cenie sobie wspólną radość i przeżywanie wzlotów i upadków razem z kimś. Samemu to traci smak i satysfakcję...

 

W swoim życiu doceniam małe rzeczy, słowo dziękuję, czy uśmiech, szczery i prawdziwy. Dzieci są najlepszymi odbiorcami, dziękuję za to, że nasza córka taka jest. Mimo, że jest jeszcze mała, to już potrafi mnie zmotywować, jest siłą i tym promykiem..., nawet w najbardziej pochmurny dzień.

Mam jeszcze wiele osobistych Everestów i wiem, że są do spełnienia. Nie wszystko zrobię, nie będę modelką, nie pozbędę się żelastwa w swoich rękach, nigdy nie porąbię drewna, nie zawieszę firanek w salonie, nie wymienię żarówki w żyrandolu, nie zostanę kierowcą wyścigowym, ale jestem zadowolona z tego, co mam. Dziękuję za ten mały i własny świat, który kiedyś był w mojej głowie. Dzisiaj jest moim udziałem. Dlatego też muszę podziękować niepełnosprawnym sportowcom, którzy swoimi zwycięstwami i medalami również mnie motywowali. Skoro inni mogą wygrywać, mogą się tym cieszyć, to ja też. Jestem takim samym człowiekiem i takim samym dobrym materiałem do zwycięstw. Muszę mieć tylko własne cele i je realizować. Życzę każdemu, by odnalazł w sobie siłę i niepowtarzalny charakter, bo życie jest tylko jedno i trzeba przeżyć je najlepiej jak się tylko da, przemieniając łzy w radość, spokój i coś tylko najbardziej osobistego i dla nas samych.


  • 1

Prawdziwą miarą osoby jest to jak traktuje tych, którzy nie mogą wyświadczyć jej żadnej przysługi — Ann Landers —


#4 tomcio12

tomcio12

    Widz

  • Użytkownik
  • Pip
  • 2 postów

Napisano 13 czerwiec 2020 - 22:23

Bardzo dziękuję za udzielone odpowiedzi. Cieszę się, że mogę przeczytać opinie ludzi, którzy na własnej skórze przekonali się co to znaczy rehabilitacja. Jak ważnym elementem jest ciągłe usprawnianie własnego ciała (i nie tylko) by mieć po prostu łatwiej. W moim przypadku rehabilitacja też będzie do końca życia z powodu odniesionych obrażeń i nawet bardzo chcąc nie mogę tego zmienić. "Pełnosprawny" też nie będę więc jazda na rowerze, na rolkach czy jakiś inny ruch wymagający pełnej koordynacji raczej też już nie nastąpi co jest bardzo demotywujące ale:

 

 

Tyle, że w moim przypadku jest jasne, że pełna sprawność nie jest możliwa - gra toczy się tylko o usprawnienia. A po co osiągać te mniejsze usprawnienia? Bo one procentują w czasie – od momentu kiedy takie usprawnienie zdobędę, poprawia ono jakość mojego dalszego życia. Nauczyłam się np. (już po trzydziestce!) nosić przedmioty oburącz. I jak już się tego nauczyłam, to teraz to mam. A mogłam nie mieć. Tylko tyle i aż tyle.

 

 

Mogę stwierdzić, że poniekąd wiem o czym piszesz. Przekonałem się jak bardzo potrafi sprawić radość choćby samodzielne korzystanie z toalety czy jakikolwiek przejaw większej samodzielności.

 

 

Po trzecie żadne zmiany w zachowaniu nie zachodzą natychmiast i nie są wieczne, więc mój system miał na początku wbudowane założenie, że mam dążyć do osiągania stale założonego minimum, ale jak mi się noga powinie to nie jest katastrofa – mimo wszystko lepsze pół minimum niż całe zero

 

 

Przyznam, że miałem problem z tego rodzaju myśleniem. Z natury jestem osobą bardzo niecierpliwą i proces rehabilitacji jest dla mnie wielką szkołą cierpliwości.

 

 

W mojej filozofii nie ma żadnej wielkiej walki. Bo u mnie rehabilitacja wyleczenia nie rokuje, a wielko-walczyć nie da się bez przerwy przez dziesięciolecia bez perspektywy na wygraną

 

  

Moim zdaniem wielka czy mała walka jest nadal walką. Walka nie zawsze musi być spektakularna i owiana fajerwerkami myślę, że ważne jest znaleźć w niej sens

.

 

Obiecałam sobie wtedy, że nigdy się nie poddam, że będę walczyć do końca i wyznaczać sobie nowe cele. Mnie najbardziej cieszy, jak widzę efekt, jak włożony trud zwyczajnie się opłacał

 

 

Doceniam.  Piszę z perspektywy osoby która przeżyła już ten najgorszy czas i teraz zostały raczej już szlify tego co się jeszcze da uratować ale zgadzam się gdyby nie wyznaczone cele byłoby raczej kiepsko.

 

 

W swoim życiu doceniam małe rzeczy, słowo dziękuję, czy uśmiech, szczery i prawdziwy. Dzieci są najlepszymi odbiorcami, dziękuję za to, że nasza córka taka jest. Mimo, że jest jeszcze mała, to już potrafi mnie zmotywować, jest siłą i tym promykiem..., nawet w najbardziej pochmurny dzień.

 

 

Bliscy są bardzo ważni jeśli chodzi o motywacje to na pewno. Mając bliskie osoby koło siebie to już duży sukces.

 

 

Mam jeszcze wiele osobistych Everestów i wiem, że są do spełnienia. Nie wszystko zrobię, nie będę modelką, nie pozbędę się żelastwa w swoich rękach, nigdy nie porąbię drewna, nie zawieszę firanek w salonie, nie wymienię żarówki w żyrandolu, nie zostanę kierowcą wyścigowym, ale jestem zadowolona z tego, co mam. Dziękuję za ten mały i własny świat, który kiedyś był w mojej głowie. Dzisiaj jest moim udziałem

 

 

I tu bardzo ładnie opisane. Przeżywając sytuacje w której traci się samodzielność i możliwość wykonywania pewnych rzeczy z powodu choroby lub tak jak ja wypadku, bardzo ciężko jest zmierzyć się z nową rzeczywistością. Pamiętam jak się wybudziłem i nie czułem nic od pasa w dół moją myślą było Co teraz? Jak to się dalej potoczy W jaki sposób będę prowadził swoje dotychczasowe życie? W trochę późniejszym okresie układałem sobie w głowie jak by to było gdy wstanę z łóżka? Patrząc na to wszystko mogę powiedzieć, że tamtego życia już nie ma.....i nie będzie. Ale uświadomiłem sobie, że to nie koniec,że można dalej w inny sposób. Udało się wstać z łóżka i ten plan który sobie poukładałem powoli się spełnia pomimo tego, że czeka mnie jeszcze poważna, która wyjaśni całą sytuację. Mnie najbardziej motywowały dwie sprawy by pomimo bólu i niepowodzeń dalej ćwiczyć i się nie łamać. Pierwsza to to by nie być obciążeniem dla mojej rodziny. Może to jest trochę nieładnie napisane ale zawsze byłem osobą samodzielną i po prostu najgorszym scenariuszem byłoby dla mnie gdyby moi rodzice, którzy są już starszymi osobami musieli się mną zajmować tylko dlatego, że się załamałem i w odpowiednim czasie nie wziąłem się w garść bo mam świadomość, że są sytuacje gdzie nie ma wyjścia. Druga sprawa , która motywowała mnie do działania to obiecałem sobie, że zrobię co w mojej mocy by jak najlepiej wrócić do sprawności i pokazać, że się da! Może to dziwne ale mnie to bardzo motywowało. I gdyby miało to w jakiś sposób pomóc innej osobie czułbym podwójną satysfakcje. Założyłem ten wątek też z takiego powodu by osoby, które szukają odpowiedzi na pytania mogły tu trafić. Zachęcam do opisania swoich przemyśleń gdyż sądzę że gdyby miało to komuś pomóc jest to warte opisania. Pozdrawiam!


  • 2

#5 Boginka

Boginka

    Sufler

  • Użytkownik
  • PipPipPipPipPipPip
  • 314 postów
  • Skąd:Warszawa

Napisano 15 czerwiec 2020 - 12:52

proces rehabilitacji jest dla mnie wielką szkołą cierpliwości.

 

To co ja przejawiam, to może cierpliwość, a może tylko dalekowzroczny egoizm. :)

Wiem, że powinnam się rehabilitować do końca życia. To znaczy, od tej chwili, „jak Bóg da”, jakieś 30+ lat. Jednocześnie jest jasne, że wszelkie wielkie sukcesy już były – dalsze pozytywne rewolucje w moim zdrowiu musiałyby wynikać z przełomowych odkryć w dziedzinie neurologii. A to mało prawdopodobne.

 

Mało tego – ewentualnych usprawnień w tym wieku nie będę już hucznie świętować, więc i ta motywacja odpada. „Nauczyłam się trzymać przedmioty oburącz (o ile nie są gorącym płynem) koło trzydziestki” nie jest sensowną pozycją do CV ani nie dają za to nagród. To nie jest też już poziom, na którym mogłoby to mieć znaczenie dla moich bliskich – żyję samodzielnie niezależnie od tego, czy potrafię przenieść tacę z jedzeniem, czy nie.

Czyli mam bez większych sukcesów uprawiać stosunkowo nudny wysiłek fizyczny przez ponad trzy kolejne dekady. W takim razie musimy się – ja i rehabilitacja – dogadać polubownie. Bo bez fajerwerków, za darmo i zawsze niedostatecznie to ja niczego bym przez trzydzieści lat robić nie chciała. :)

 

To jest też, swoją drogą, powód dla którego ja akurat w ogóle nie używam metafory "walki z niepełnosprawnością". Walkę się wygrywa albo przegrywa i w takim modelu moja jest przegrana od samego początku. Więc to raczej współistnienie: umawiamy się z moim organizmem, że ja się nim sensownie będę zajmować, o ile on nie będzie mi za mocno przeszkadzał, "póki śmierć nas nie rozłączy". :)


Użytkownik Boginka edytował ten post 15 czerwiec 2020 - 12:53

  • 0

boginka (rzecz. mit.) – duch opiekuńczy lub wiedźma; jakże to ludzkie. :)




Również z jednym lub większą ilością słów kluczowych: rehabilitacja, motywacja, pomoc

Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych